Zadzwoń pod numer 32 720 30 30 lub wypełnij formularz – oddzwonimy! Zamów kontakt z doradcą

Mozart też miał poczucie humoru

Są jak czterej muszkieterowie w świecie muzyki, z tą różnicą, że zamiast szpad dzierżą smyczki. Walczą ze stereotypowym myśleniem, według którego to, co klasyczne, zawsze musi być poważne. Potrafią całkiem na serio zagrać koncert w filharmonii, a potem – z właściwym sobie wdziękiem – bawić publiczność kabaretową. Rozmawiam z jedną czwartą Grupy MoCarta – Filipem Jaślarem.

Jak się Panowie poznali?

Pawła – naszego altowiolistę, poznałem w liceum muzycznym, w Warszawie przy ulicy Krasińskiego. Bolka – wiolonczelistę, w trakcie studiów na Akademii Muzycznej, a z Michałem – skrzypkiem, poznaliśmy się w trakcie kursów muzycznych w Łańcucie. To takie miejsce, gdzie młodzi muzycy przyjeżdżają latem, aby wspólnie pomuzykować i uczyć się pod okiem innych pedagogów niż ci, z którymi mają zajęcia w trakcie roku szkolnego.

Klasyka to gatunek muzyczny, który wymaga precyzji w wykonywaniu i jest dość trudny w procesie nauczania. Czy to nie zniechęcało Panów jako młodzieńców?

Szczęśliwie, nie. Muzycy, jak wszyscy inteligentni ludzie, mają poczucie humoru. My także je mieliśmy. Wiele kabaretów zawiązuje się właśnie podczas studiów. Nas też rozpierała energia, by zrobić coś innego – bawić i śmieszyć ludzi. Okazja ku temu zdarzyła się, kiedy w 1995 roku swój oddział w Polsce otwierała telewizja Canal+. Osoby tam pracujące poszukiwały wśród studentów Akademii Muzycznej kogoś, kto w lekki, łatwy i przyjemny sposób chciałby prezentować muzykę klasyczną. Znaleźliśmy się na takim spotkaniu i dostaliśmy angaż. Wtedy założyliśmy kwartet smyczkowy i graliśmy w studiu tylko dla kamer. Kiedy czas współpracy z telewizją dobiegł końca, stanęliśmy przed publicznością krakowskiego klubu „Rotunda”, gdzie odbywał i odbywa się przegląd kabaretów PAKA. Mieliśmy okazję skonfrontować to, co robimy, z niezwykle entuzjastyczną i wylewną jeśli chodzi o reakcję publicznością krakowską. Wtedy po raz pierwszy stanęliśmy na kabaretowej estradzie i tam zaczęła się droga grupy MoCarta.

Czemu właśnie Grupa MoCarta, a nie Beethovena czy Bacha? Klasyków jest przecież wielu.

Nazwę Grupa MoCarta wymyślił Edward Mikołajczyk, pod którego czujnym okiem powstawał nasz kwartet. Mozart był pierwszym kompozytorem, na którego muzyce opieraliśmy nasze skecze, żarty. Pewnie to właśnie zauważył pan Edward i od tamtej pory mieliśmy Mozarta za patrona (śmiech). Przez C zamiast Z, bo i nasze spojrzenie na muzykę klasyczną nie jest typowe. Jest jeszcze jeden powód. Mozart był jednym z tych kompozytorów, którzy mieli na swoim koncie najwięcej przebojów – używając dzisiejszej nomenklatury. Z listów, które pisał, i z innych źródeł historycznych wiemy, że był człowiekiem o ogromnym poczuciu humoru. Można powiedzieć, że świetnie się dopasowaliśmy. Mamy nadzieję, że Wolfgang Amadeusz nie ma nic przeciwko, że z jego nazwiskiem w nazwie jeździmy po świecie. Myślę, że gdyby cokolwiek mu się nie podobało, dałby nam znać (śmiech).

Dwadzieścia lat to chyba wystarczająco długi czas, żeby zgłosić reklamację…

Też mam takie wrażenie. Myślę, że może mu się to nawet podobać. Co więcej, mamy z kolegami pewne podejrzenia, że część pomysłów na nowe utwory pochodzi wprost od niego.

W takim razie proszę powiedzieć, jak powstają utwory Grupy MoCarta? Gdzie wpada się na takie pomysły? Przy obiedzie, pod prysznicem? Czy może nagle budzi się Pan w środku nocy z okrzykiem „mam pomysł!”?

Nie jestem naukowcem i nie wiem, czemu tak się dzieje, ale słyszałem, że jest taki moment przed zaśnięciem, kiedy do głowy przychodzą różne pomysły. Mogę potwierdzić, że to prawda, bo często właśnie wtedy mam projekcję, co ciekawego może zrobić kwartet smyczkowy. Bardzo lubię prowadzić samochód, kiedy jestem w długiej trasie – najlepiej nocą. Wtedy jest ten intymny moment, kiedy mózg – poza skupieniem się na drodze – może twórczo popracować. Wiele pomysłów wykorzystanych potem w naszych programach kabaretowych przyszło mi do głowy podczas prowadzenia samochodu. Czasem coś pojawia się nagle i po prostu jest, a innym razem pomysł wynika z obserwacji świata i pewnego rodzaju buntu. Mamy w swoim repertuarze dwa utwory, które powstały, ponieważ nie zgadzamy się na pewne rzeczy. Między innymi utwór, w którym Michał śpiewa i tańczy jak Michael Jackson, a piosenka traktuje o tym, że muzyki Mozarta i w ogóle klasyki wokół nas jest coraz mniej. To nie do końca się nam podoba. Jakiś czas temu byłem w serwisie samochodowym i kiedy czekałem aż panowie wymienią olej w moim aucie, moje uszy były bombardowane jakąś strasznie prymitywną muzyką. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, jak by to było cudownie, gdybym zamiast tego usłyszał jazz albo muzykę klasyczną. W cierpieniu, jakiego doświadczałem przez godzinę, pojawił się pomysł na ten utwór. Mamy też utwór „Szeptanka”, który grywamy z ogromną przyjemnością. Jest to piosenka wierszowana w lekko hiphopowym stylu, mówiąca o tym, że wokół nas jest bardzo głośno i że jest to niebezpieczne. W refrenie padają słowa: „Decybele, decybele/ kiedy słyszysz ich zbyt wiele/ gdy ich natłok jest zbyt duży/ hałas spokój duszy burzy”. Mamy więc i utwory, które są naszymi dramatycznymi protest-songami przeciwko niektórym aspektom życia.

Zastanawiam się czego Panowie słuchają poza estradą?

Najciekawszym człowiekiem, jeśli chodzi o muzykę, jest zdecydowanie Paweł Kowaluk – altowiolista. W swoim odtwarzaczu ma dosłownie każdy gatunek muzyki. Chętnie słucha klasyki – baroku czy romantyzmu, jazzu, ale również Rolling Stonesów, Beatlesów, muzyki popowej. Nie stroni także od piosenek zespołów Papa Dance czy Modern Talking. Kilka razy przyłapałem go na tym, że słuchał disco polo. Nie jestem w stanie zrozumieć jak to możliwe, żeby jeden wrażliwy człowiek akceptował te wszystkie, skrajnie niepasujące do siebie rodzaje muzyki. Michał uwielbia muzykę soulową, produkowaną i komponowaną przez ciemnoskórych muzyków. Jego absolutnym idolem od zawsze był Michael Jackson. Poza tym lubi muzykę klasyczną z wyjątkiem opery, za którą nie przepada. Bolek oprócz klasyki lubi muzykę współczesną, czyli utwory prezentowane podczas festiwalu „Warszawska Jesień”. To jego rejon, który chętnie eksploruje. Rzadko o tym mówi, bo jest bardzo skromnym facetem, ale Bolesław jest również kompozytorem. Zdarza mu się pisywać właśnie takie awangardowe, niezwykle poważne utwory. Ja chętnie słucham jazzu. Mam ulubionych skrzypków jazzowych, których muzyka towarzyszy mi właściwie wszędzie. Jestem pod wielkim wrażeniem aplikacji Spotify, którą odkryłem dzięki moim dzieciom. To nieprawdopodobne, że w jednym miejscu można mieć dostęp do całej muzyki świata!

Pierwszy frak kupił Pan sobie w związku z zastępstwem za skrzypka w Filharmonii Narodowej. Ten strój towarzyszy Panu po dziś dzień. Jako grupa MoCarta grają Panowie już ponad 20 lat. Ile w tym czasie zużył Pan fraków? Skąd pomysł, aby one były Panów estetyczną wizytówką?

(śmiech) Nie policzyłem tego nigdy, ale wymianę odzieży roboczej – jak nazywamy fraki, mamy raz na półtora roku. Nie dlatego, że nagle zmieniają się diametralnie moje wymiary, ale dlatego, że on też ciężko pracuje. Żeby wyglądać dobrze na scenie, raz na jakiś czas jestem gościem w sklepie, który szyje świetne, niegniotące się fraki. To było dla nas oczywiste, że właśnie w nich będziemy występować. Chcieliśmy zaczynać każdy występ tak, jak standardowy koncert muzyki klasycznej, żeby potem zaskoczyć widza. Kiedy jest się ubranym we frak, obliguje to do pewnych zachowań i na pewne pomysły siłą rzeczy człowiek nie wpadnie. A właśnie to, że się na nie wpada, bardzo docenia publiczność.

Czym różni się publiczność kabaretowa od tej, którą widuje Pan w filharmonii?

Wiele osób jest publicznością kabaretową, a w weekend chce posłuchać klasyki, więc wybiera się do filharmonii. Kabaretów w Polsce jest w tym momencie wiele. Są takie, na które meloman chadzający do opery raczej by nie poszedł, ale są też takie, które gromadzą na swoich koncertach osoby o dużej wrażliwości kulturalnej. Ludzi, którzy chodzą do teatru, czytają książki, interesują się szeroko pojętą kulturą. Ta publiczność może nie różnić się niczym lub może różnić się diametralnie. Generalnie publiczność, która przychodzi do filharmonii – a nie jest jej wcale mało – to osoby, które potrzebują innego rodzaju rozrywki niż to, co oferują im media. Zapewniam, że wysłuchanie koncertu na żywo, usłyszenie samego brzmienia orkiestry symfonicznej to niesamowite doznania, które warto co jakiś czas sobie zafundować.

Paweł Kawałek | 18.01.2017 | Aktualności

W czym możemy Ci pomóc?

Współpracujemy z:

Raiffeisen Bank
Alior Bank
Aforti Finance
Takto
Getin Bank
Nest Bank
Bank pocztowy
Plus Bank
TF Bank
SMS Kredyt
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookie w Twojej przeglądarce.