Zadzwoń pod numer 32 720 30 30 lub wypełnij formularz – oddzwonimy! Zamów kontakt z doradcą

Przez pryzmat mediów w jednym worku

Prasa, radio i telewizja dosyć zgodnie i uparcie deformują wizerunek rynku consumer finanse. Potwierdzenie tej tezy znajdujemy w komentarzu autorstwa dra Krzysztofa Gołaty, ekonomisty i zarazem prasoznawcy z poznańskiego Uniwersytetu Ekonomicznego.

 

Banki vs. parabanki

Media preferują prosty obraz świata. Nieważne, że nie jest to świat rzeczywisty, tylko jego karykatura. Są banki i reszta, czyli parabanki. Te pierwsze są dobre, te drugie już niekoniecznie… Czy to tylko uproszczenie, czy brak wiedzy? Niestety, to drugie. Kolejne afery nagłaśniane przez media i kolejne rzesze pokrzywdzonych (naiwnych?) powodują, że wszystko, co nie jest bankiem – zdaniem mediów – powinno być obchodzone szerokim łukiem. Swoje „trzy grosze” dokładają do tego politycy, dla których pokrzywdzeni w aferze są tylko elementem walki politycznej. Postawienie znaku równości między hochsztaplerami a działającymi legalnie instytucjami finansowymi jest, delikatnie mówiąc, nadużyciem. Nie ma jednak czemu się dziwić: media i politycy potrzebują igrzysk. W teorii wszystko jest proste. Potrzebuję gotówki, więc idę do banku. A tam miła pani mówi, że potrzebne jest dziesięć zaświadczeń (o wysokości dochodów, niekaralności, niezaleganiu z alimentami, dobrym zachowaniu i nieużywaniu brzydkich słów w miejscach publicznych), dwa podania, zgoda rodziców na zaciągnięcie kredytu, trzy zdjęcia i sto tysięcy złotych zabezpieczenia, a jak nie mam gotówki, to może być zastaw mieszkania. Ma już dla mnie przygotowany druk umowy – piętnaście stron drobnym maczkiem. A za miesiąc mogę dowiadywać się o losie mojego wniosku kredytowego. „Pan rozumie, ten wniosek musi przejść przez kilka biurek”. Szanse na kredyt malały z każdym słowem, wypowiedzianym przez pracownicę banku. Potem okazuje się, że kwota, po którą przychodzę do banku, jest – z jego punktu widzenia – śmiesznie mała, więc lepiej, żebym uśmiechnął się do teściowej w sprawie „delikatnego wsparcia zięcia”. Przesadzam? Dzisiaj może tak, ale jeszcze kilka lat temu osoba chcąca pożyczyć kilkaset lub kilka tysięcy złotych nie była dla większości banków dobrym klientem. Prowizja niewielka, odsetki groszowe, nie to, co przy milionowych kredytach. Obecna sytuacja wymusiła na bankach zmianę podejścia: każdy klient jest ważny, zgodnie z zasadą „w detalu może się nie opłaca, ale w hurcie już tak”. Jednak opinia, że wielki bank nie jest dla przeciętnego Kowalskiego, pozostała, i jeszcze na długo pozostanie. Banki, przez swoje przepisy i biurokratyczne podejście do klienta, otworzyły pole dla różnego rodzaju instytucji finansowych, zajmujących się pożyczaniem pieniędzy, czyli tzw. chwilówkami. Powstał nowy biznes, który bardzo szybko stał się konkurencją dla banków. Media, opisując tego typu działalność finansową, koncentrowały się głównie na wysokości odsetek, płaconych od zaciąganych pożyczek, oraz na wartości zabezpieczeń. Rzadziej zwracano uwagę na fakt, że jest to legalna działalność, wychodząca naprzeciw potrzebom klientów (nikt przecież nie zaciąga kredytu, jeżeli nie potrzebuje pieniędzy) oraz kontrolowana przez odpowiednie instytucje państwowe (np. Komisja Nadzoru Finansowego, Generalny Inspektor Nadzoru Bankowego). I najważniejsze: jest to działalność obciążona jednak dużym ryzykiem po stronie pożyczkodawcy. Piramidy finansowe przerzucają całe ryzyko na osoby deponujące pieniądze, za to osoba zaciągająca tzw. chwilówkę nie ponosi ryzyka. Banki żądają gwarancji i zaświadczeń, a w przypadku firm pożyczkowych pieniądze trafiają do klienta praktycznie od ręki (często nawet nie idziemy po pieniądze, lecz one przyjeżdżają do nas). Brak nadmiaru formalności oraz czas oczekiwania na pożyczkę muszą oznaczać większe koszty, czyli wyższe oprocentowanie. Każdy potencjalny klient wie, ile „kosztują” pożyczone pieniądze, a na tym rynku też istnieje konkurencja. Zawsze można wybrać inną firmę. Właściciele tego typu instytucji inwestują własne kapitały i ryzykują własnymi pieniędzmi, względnie odpowiadają przed bankami, od których czerpią środki na udzielane pożyczki. W każdym razie nie są to pieniądze zebrane wcześniej od klientów, którzy zostali zachęceni wirtualnymi zyskami. Z punktu widzenia banku, wielkość indywidualnej pożyczki nie jest duża, więc ewentualna niewypłacalność pojedynczego klienta nie zachwieje finansami firmy. Jednak niewypłacalność większej grupy pożyczkobiorców będzie miała swoje finansowe reperkusje. Ryzyko niewypłacalności pożyczkobiorców i ewentualne koszty egzekucji długów są w przypadku tych instytucji większe, niż w przypadku banków. Ktoś musi zapłacić za takie ryzyko. Tego typu działalność obciążona jest dużym ryzykiem, o czym w Bangladeszu przekonał się Mohammed Junus i jego organizacja Grameen Bank. Wpadł on na pomysł tzw. mikrokredytu dla biednych ludzi, którzy dzięki temu zyskują pieniądze na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej. Średnia wartość kredytu nie przekraczała równowartości 30 USD, a bank miał ponad 3,5 mln klientów. Za swój pomysł „bankier najuboższych” otrzymał w 2006 roku Pokojową Nagrodę Nobla. Jednak dzisiaj jego bank ma kłopoty m.in. z powodu niewypłacalności pożyczkobiorców (chociaż w pierwszym okresie 98 procent pożyczkobiorców spłacało swoje zobowiązania). Małe kwoty, ale duża ich liczba, powodują efekt śnieżnej kuli.

Rykoszetem w uczciwe firmy

Jeszcze niedawno banki przyznawały kredyty osobom, które nigdy nie powinny ich otrzymać. W konsekwencji doprowadziło to do światowego kryzysu finansowego. Jeżeli banki nigdy nie ściągną niespłaconych kredytów, to ich upadek może stać się faktem. Mniejsze instytucje finansowe zawsze są bardziej narażone na bankructwo. Afera Amber Gold po raz kolejny spowodowała, że odium zła przeniosło się na wiele podmiotów sektora finansowego, które nie mają nic wspólnego z parabankiem, jakim był Amber Gold. Media postawiły znak równości między instytucją finansową (niebędącą bankiem) a grupą hochsztaplerów, którzy postanowili wykorzystać naiwność i chciwość (to chciwość nie była dobra, wbrew temu, co zwykł mawiać bankier Gordon Gekko, bohater filmu „Wall Street” Olivera Stone’a) ludzi i dokonać szybkiego skoku na kasę. O wszystko można tych ludzi podejrzewać, ale nie o to, że chcieli dać zarobić swoim klientom. Takich „przedsiębiorców”, jak założyciele Amber Gold, jest pełno pod każdą szerokością geograficzną (za swoją piramidę finansową Bernard Madoff został przez amerykański sąd skazany na 150 lat więzienia); tacy byli, są i jeszcze będą pojawiali się nowi. Dlaczego? Ponieważ „chciwość jest dobra” (ale nie głupota), a przekonanie, że innym się nie powiodło, ale mnie się uda (czyli ja zarobię) jest ogromne. Przecież w kasynie ludzie też wygrywają. Ale ilu ich jest? Myślę, że mniej, niż tych, którzy odebrali sobie życie po wielkiej przegranej. Dzisiaj sektor finansowy ma w oczach opinii publicznej bardzo kiepską reputację. Może nawet najgorszą w całej gospodarce. Jest on obwiniany o wszelkie zło, a już z pewnością o doprowadzenie świata do kryzysu. Wiele w tym prawdy, ale, jak twierdzi prof. Witold Orłowski, bez odzyskania zaufania przez banki wyjście z kryzysu nie będzie możliwe. Najpierw ludzie muszą się przekonać, że wszelkie instytucje finansowe są bezpieczne i wiarygodne, a dopiero potem przeczytamy o kryzysie w podręczniku do historii gospodarczej. Moje pieniądze muszą być bezpieczne.

dr Krzysztof Gołata | 30.06.2017 | Aktualności

W czym możemy Ci pomóc?

Współpracujemy z:

Raiffeisen Bank
Alior Bank
Aforti Finance
Takto
Getin Bank
Nest Bank
Bank pocztowy
Plus Bank
TF Bank
SMS Kredyt
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookie w Twojej przeglądarce.